Kolejny raz wraca mi "przed oczy" fragment jakiegoś serialu - bodajże "Czas honoru" [piszę "bodajże", bo w przypadku filmów zazwyczaj widzę gdzieś fragment i później mi to wraca, jak coś niedokończonego]. Jedna ze scen charakterystycznych dla filmów dot. okupacji: ktoś kogoś bije, znęca się. Często w takich sytuacjach przypomina mi się słynny "eksperyment więzienny", przeprowadzony niegdyś przez P.Zimbardo na Uniwersytecie Stanforda. Profesor Zimbardo przyjął założenie, iż Niemcy (jako naród) posiadają jakąś specyficzną cechę, wywołującą skłonność do tego rodzaju agresywnych zachowań, które zaowocowały m.in. II wojną światową*, ale przede wszystkim szeregiem postaw, znanych współcześnie właśnie z owych filmów.
Zająwszy się problemem podszedł do sprawy zgodnie z arkanami swej sztuki: stworzył najpierw grupę kontrolną, złożoną z ludzi "normalnych" (znajoma psycholog stwierdziła kiedyś półżartem, że ludzie dzielą się na chorych i nie przebadanych) - w tym przypadku obywateli USA. "Więzieniem" stały się odpowiednio dostosowane uniwersyteckie piwnice, a grupa wspomnianych "normalnych" ochotników została losowo podzielona na "więźniów" i "strażników"; ich zadaniem było wcielenie się w owe role. I cóż.. Eksperyment stosunkowo szybko przerwano, ze względu na pojawienie się zaskakująco brutalnych zachowań tych drugich - tak poskutkował, losowy przecież, podział na oprawców i ofiary.
W tym miejscu - przyznaję - nieco upraszczam, bo też wcześniej wśród "skazanych" pojawiły się różne zachowania "utrudniające" pracę "strażnikom", jednak w ostateczności skala reakcji była nieadekwatna, tym bardziej, iż mieliśmy przecież do czynienia z dobrowolnym uczestnictwem w eksperymencie; idąc tą drogą można usprawiedliwiać sprawców przemocy domowej ("ona mnie sprowokowała").
Znamienne jest, iż Zimbardo zrezygnował z powtórzenia eksperymentu w Niemczech; zorientował się niewątpliwie, że nie narodowość czy rasa (swoją drogą słowo "rasa" w tym kontekście ma specyficzny wydźwięk) wpływa na skłonności do okrucieństwa, lecz specyficzne warunki otoczenia. A z obranej roli trudno wyjść, gdy "wszyscy" (czyli większość reprezentatywna, tudzież "silniejsza") zachowują się podobnie. Można by tu wspomnieć jeszcze o tendencjach do posłuszeństwa wobec władzy, do konformizmu..
I tak to później bywa w życiu codziennym, gdy jedni nad drugimi staramy się swą przewagę wykazać, często - zwłaszcza gdy już się rozpędzimy i głupio się wycofać - sięgając po środki, zachowania nieadekwatne do obiektywnej sytuacji.
Wraca stare pytanie o naturę ludzką: czy człowiek jest zły i tylko staraniami swoimi (choć niekonieczne swymi siłami) zło dobrem zwycięża, czy też jest z natury dobry, a ze złem częstokroć przegrywa? Z góry zaznaczam, iż nie stawiam tu tego pytania. Niemal każdy, w jakimś przynajmniej stopniu, ma własną na nie odpowiedź, ja również. Tak naprawdę nie wiadomo, czy jest ono postawione właściwie.
---------------------------------------------------
*Pomijamy fakt urodzenia Hitlera w Austrii, bo nie o niego samego tu chodzi.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia społeczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia społeczna. Pokaż wszystkie posty
3 lut 2011
Natura ludzka
21 gru 2010
Kompetencje międzykulturowe
Bardzo przypadła mi do gustu wypowiedź posła PO, Johna Godsona, w jednym z ostatnich programów "Tomasz Lis na żywo". Notabene, swego czasu dyrektor programowy TVN - Edward Miszczak powiedział w wywiadzie przeprowadzonym przez Piotra Najsztuba dla "Przekroju", że "Tomasz Lis ma takie świetne efekty, bo przed nim jedzie czołg „M jak miłość”. Obraz kontrolny też by miał po tym czołgu oglądalność." Dobry tekst, aczkolwiek mam wątpliwości, czy tak jest naprawdę.
Z góry zaznaczam, iż nie jestem jakimś miłośnikiem PO (jak też jakiejkolwiek innej partii politycznej), a i do samego programu mam pewne zastrzeżenia, ale - jak często piszę - nie w tym rzecz..
Otóż Godson wypowiadając się na temat ewentualnego polskiego rasizmu stwierdził (nie cytuję dosłownie, ale to, co pamiętam), iż nie mówiłby tu o rasizmie, ale o niskich kompetencjach międzykulturowych. Z rasizmem mamy bowiem do czynienia, gdy człowiek poznał inną kulturę, ale jej nie akceptuje i dyskryminuje. Niskie kompetencje międzykulturowe to brak owej wiedzy i związane z nim obawy, skutkujące wiarą w stereotypy (częstokroć negatywne). Ano właśnie - brak wiedzy. Czasem wystarczy kogoś bliżej poznać, by nie tylko zaakceptować, ale i polubić, czy póxniej zaprzyjaźnić. Niby oczywiste, prawda?
Swoją drogą, wypowiedział też inną ciekawą rzecz. Zapytany czy przy ślubowaniu doda "owych kilka słów" (tu T.Lis miał na myśli "tak mi dopomóż Bóg") odparł, iż nie, ponieważ.. on wie, że Bóg mu dopomaga; codziennie przed Nim klęka i modli się do Niego - nie potrzebuje zatem tak demonstracyjnie tego wygłaszać. Mocne wyznanie wiary.
26 wrz 2010
Jak to bywa z "prawdą obiektywną"
Sobotnie wieczorne porządki niejednokrotnie skłaniają mnie do refleksji - prozaiczne czynności, typu zamiatanie, odkurzanie, zmywanie, itp., pozwalają po prostu uwolnić myśli.
Rozmaite rozmowy z ostatnich dni przypomniały mi o przeprowadzonych niegdyś badaniach (L.Ross, D.Greene, P.House, wyniki opublikowane w 1977 r.), będących dla mnie źródłem koronnego przykładu na temat błędów w ocenie rzeczywistości.
Mam w tym przypadku na myśli efekt fałszywej jednomyślności (false consensus effect); mówiąc prostymi słowy chodzi o to, iż posiadając pewną opinię na temat danej sprawy, bardzo często uważamy, że inni podzielają nasze zdanie, przy czym ilość owych "innych" jest w naszym wyobrażeniu znacznie większa, niż ma to miejsce w rzeczywistości.
Sam eksperyment polegał na sondowaniu studentów odnośnie:
1) chęci noszenia na terenie uczelni pewnej plakietki
2) dokonania oceny, jak do sprawy podejdą inni studenci.
Jak można się spodziewać (takie "spodziewanie się" - czy aby na pewno? - to osobny temat, do którego wrócę przy innej okazji), ci którzy mieli na to ochotę, uważali, że ich koledzy również wyraziliby zgodę. I vice versa. Nietrudno sobie to wyobrazić, prawda?
Przykładów znaleźć można tu sporo.
Tradycyjna oferta biznesowa dowolnej sieci telekomunikacyjnej opiera się na telefonie z dostępem do poczty e-mail, szybkim internetem, itd. Niejednokrotnie mam okazję rozmawiać z przedstawicielami małych firm (a jak wiadomo sektor MSP, tj. małych i średnich przedsiębiorstw jest jednym z głównych filarów gospodarki) i bardzo często w ich opinii jednym najważniejszych wyznaczników jakości jest po prostu dobry akumulator, a cała reszta to gadżety (temat ten już kiedyś poruszałem - patrz "Telefon dla prezydenta"). Oczywiście, poważna firma raczej nigdy nie pozwoli sobie na to, by wprowadzić jakiś produkt bez przeprowadzenia badania rynku, bo ocena na podstawie tego co "komuś się wydaje" bywa zbyt kosztowna, stąd telefony o podanych przeze mnie parametrach jak najbardziej są dostępne; chodzi mi jedynie o ogólne postrzeganie sprawy.
Przede wszystkim jednak to w życiu prywatnym nie żałujemy sobie ;-)
"Świeży" przykład: czy firmy sprawdzają pracowników (obecnych lub potencjalnych) na Facebooku? Niewątpliwie, ale generalizowanie "każdy, wszyscy" - budzi mój zdecydowany sprzeciw. Spory udział mają tu zazwyczaj nasze własne doświadczenia. Jeżeli sami jesteśmy aktywnymi użytkownikami internetu, spodziewamy się, że i dla innych jest to chleb powszedni; jeśli dla nas kariera jest najważniejsza (nawiązuję do mojego tekstu "o debacie politycznej"), to jesteśmy przekonani o takimże pędzie innych. A z tym bywa różnie...
c.d.n
9 wrz 2010
Silny to nie ten, który wrzeszczy
Niedawno, na koniec sierpnia, pisałem o narastaniu w życiu codziennym agresji oraz wzajemnego roszczeniowego nastawienia... Dzisiaj w Newsweeku (a właściwie na www.newsweek.pl) przeczytałem ciekawy artykuł - "Klient nasz cham?". Opisuje rozmaite przypadki agresywnych zachowań klientów, pasażerów czy nawet pacjentów. Nazwanie kasjerki idiotką za to, że nie chciała (bo zapewne nie mogła) obniżyć ceny "niewystarczająco żółtych" cytryn, to jeden z przykładów. Zainteresowanych odsyłam do strony Newsweeka - naprawdę zachęcam - ze swej strony zwrócę tylko uwagę na konkluzje odnośnie przyczyn takiego stanu rzeczy.
Dr Teresa Sikora z Instytutu Psychologii Uniwersytetu Śląskiego wskazuje na lęki i powszechny brak poczucia własnej wartości, jak również - cytuję - "lansowany przez kulturę masową i media indywidualizm oraz poczucie, że jesteśmy warci więcej niż inni". Nie da się ukryć, iż sprzedawca stoi na straconej pozycji - na arogancję klienta nie może (na ogół) odpowiedzieć tym samym.
Specyficzny podział ról przypomina mi słynny "eksperyment więzienny", przeprowadzony niegdyś przez P.Zimbardo na Uniwersytecie Stanforda. "Więzieniem" stały się odpowiednio dostosowane uniwersyteckie piwnice, a grupa "normalnych" ochotników została losowo podzielona na "więźniów" i "strażników"; ich zadaniem było wcielenie się w owe role. Eksperyment stosunkowo szybko przerwano, ze względu na pojawienie się zaskakująco brutalnych zachowań tych drugich - tak poskutkował, losowy przecież, podział na oprawców i ofiary.
Wracając do wspomnianych relacji, mamy tu także do czynienia z pewną formą odreagowania - znamienne jest bowiem to, iż najwięcej tego rodzaju problemów sprawiają ludzie, którzy również są źle traktowani lub mają niską samoocenę. Jako klienci dostają do ręki sporą władzę. Nawiasem mówiąc uważam, iż nie jest to bynajmniej dowodem, że agresywni są ci, którzy doświadczali agresji - bywa i tak, że gdy coś idzie "nie tak", pojawia się większy poziom empatii - ludzie mówią: "ze spokojem proszę, wiem jak to jest", itp.
Warto zauważyć inny wniosek: "silny" nie będzie raczej wykorzystywał swej przewagi. Przypomina mi się tekst z Kaczmarskiego: "wyrozumiałość to siły przywilej" (w utworze "Z XVI-wiecznym portretem trumiennym rozmowa"). Ponownie zacytuję za Newsweekiem: "atak na kasjera czy stewardesę jest oznaką słabości, a nie siły" (T. Sikora).
22 sie 2010
O prawie do krytyki
Sprawa wydaje się mało warta uwagi - każdy z nas ma własne, niezaprzeczalne, niezbywalne, prawo do krytyki. Krytyki czegokolwiek lub kogokolwiek - i z prawa owego nader chętnie korzystamy (sam również to czynię). Aleksandr Makiedonskij gieroj, no zaczem że stulja łomat'?
Pojechałem Gogolem, ale ciśnie się na usta bardziej ludowe przysłowie: "przyganiał kocioł garnkowi, a sam smoli". Zdarzają się, rzecz jasna, przypadki niekompetencji na danym stanowisku, niemniej przyznam, że ciśnienie mi się podnosi, gdy słyszę, jak ktoś wytyka drugiemu np. niedostateczne zaangażowanie w sprawę czy przedsięwzięcie, w sytuacji gdy sam wobec siebie nie stawiałby aż takich wymagań. Muszę tu przyznać, iż odchodzę w tym miejscu od metodologii naukowej, gdyż nie sposób tego zweryfikować bez przeprowadzenia eksperymentu, a opieram się jedynie na obserwacji życia codziennego. Żeby jednak nie być gołosłownym, podeprę się choćby przykładem tak powszechnego zjawiska, jak (zdefiniowany przecież) błąd działającego-obserwatora (actor-observer bias): swoje działania łatwo nam tłumaczyć czynnikami sytuacyjnymi, czyjeś natomiast - np. jego wadami. Kojarzy mi się też wątek poboczny słynnego eksperymentu Milgrama. Przypomnę: zadanie polegało na rażeniu coraz silniejszym prądem "ucznia" w przypadku popełnienia przezeń błędu, by sprawdzić (rzekomo) jak kara wpływa na proces uczenia się. Oczywiście żadnego prądu nie było, za to "uczeń" był podstawiony, niemniej wyglądało to bardzo realistycznie. Okazało się, że pod naciskiem autorytetu uczestnicy eksperymentu byli skłonni używać prądu nawet wtedy, gdy dochodził do zdecydowanie niebezpiecznego zakresu. Ale nie w tym rzecz w owym momencie. Gdy przy innych okazjach poruszano kwestię owego eksperymentu, mało kto był skłonny stwierdzić, że posunąłby się tak daleko. Prawdopodobnie nie tylko stwierdzić, ale i uwierzyć, że to możliwe w jego przypadku. A przecież grupa badanych nie była ekipą psychopatów! Niczym nie różnili się od pytanych.
Po cóż o tym opowiadam? Na co dzień stawiamy bardzo wysokie wymagania otaczającym nas ludziom. Oczekujemy, że jako przedstawiciele danej firmy, instytucji czy choćby idei – będą zachowywać się tak, jakby realizacja jej celów była najważniejszym zadaniem w ich życiu. No, trochę przesadziłem – chodzi po prostu o maksymalnie „wysoki standard”. Niewątpliwie tak być powinno, w dużej mierze mamy prawo na to liczyć, tego się spodziewać. Warto by jednak rozważyć, czy aby NA PEWNO będąc w ich sytuacji zachowywalibyśmy się tak, czy inaczej. I tak oto zdarza się, że przed telewizorem obijający się pracownik krytykuje obijających się piłkarzy, naprawiający „po łebkach” mechanik narzeka na innego rodzaju serwisanta, a w barze żul psioczy na rząd.
P.S. Dla nieznających języka rosyjskiego tłumaczę cytat z "Rewizora" (choć ten akurat wydaje mi się być dość znanym): Aleksander Macedoński jest bohaterem, ale na co [z owego powodu] łamać krzesła?
Subskrybuj:
Posty (Atom)