Piszę z nadzieją, że zakończyła się mała wojna na moim blogu, która najprawdopodobniej zniechęciła do niego i tak nielicznych Czytelników (w liczbie szt. kilku, przypadkowych nie liczę). Z góry zaznaczam, że niniejszy tekst może ewoluować, bo tradycyjnie piszę "na szybko".
Ktoś tam rzucił parę razy zaczepkę - nie merytorycznie, a prywatnie. Ktoś inny - choć nieznajomy - odpyskował i zaczął się dym. Niby o sprawę, a niby nie. Leciały teksty, sypały się sztuczki, itd. Szkoda słów.
Rzadko bywa jeden winny - tu było podobnie. Muszę jednak i ja posypać głowę popiołem, bo w pewnym stopniu jestem winny - bawiłem się podstawami html, a nie przeanalizowałem do końca możliwości bloggerowej platformy. Rzecz w tym, że jest opcja moderowania komentarzy, jak i wymuszenia logowania. Tylko trzeba dobrze poszukać - kłania się Attyla. Gdybym pomyślał wcześniej, nie byłoby może całej afery. Jest oczywiście ryzyko: pokusa blokowania niepochlebnych komentarzy. Z drugiej strony.. Ktoś powiedział, że to mój blog. Zobaczymy jeszcze co dalej.
Tymczasowo zablokowałem możliwość komentowania, więc zrobiło się cicho. Jeśli ktoś ma ochotę mi "nawrzucać", to niedługo dam jeszcze taką możliwość - później moderuję, nie wpuszczając zwłaszcza tego, co miałoby na celu wznowienie tamtej wojenki. Swoją drogą - dziwne, że najwięcej zamieszania robi nieraz ten, którego dana sprawa nie dotyczy. Żeby było jasne: doceniam dobrą część intencji, logiczne argumenty, kulturę (złośliwego) słowa. Ja sam jestem czasem niesamowicie uparty, więc rozumiem też, gdy ktoś ma swoją rację, a mu jej się odmawia bez uzasadnienia. Ale czasem warto ustąpić i tu nieoczekiwanie ustąpił kto inny. Nie byłbym w stanie zweryfikować prawdziwości tamtych słów, ale skoro nikt z komentatorów nie zaprotestował, że to nie on pisał.. ;-)
Można się czepiać, szukać niekonsekwencji, tylko po co?
Jeśli chodzi o ewentualne rozmowy, dyskusje poza blogiem - jestem otwarty; po lewej widnieje też mój nr GG, choć rzadko używany.
I tak na koniec. Widziałem u kogoś na ścianie pokoju napis - chińskie przysłowie, które podaję w przybliżeniu: „Więcej nauczy się mądry od głupiego niż głupiec od mądrego”.
31 mar 2011
Czas odwilży (?)
28 lut 2011
Słowa wypowiedziane vs. tekst pisany
Nawet się nie zorientowałem, jak minął rok od powstania tego dogorywającego dziś bloga. Zajrzałem sobie na początki.. no cóż, poprawiłem formę (nie mnie oceniać treść, hehe) - doszły m.in. linki do wiadomości z Google News, z których chętnie korzystam, by przejrzeć "tematyczne" aktualności.
Rozważałem niegdyś odporność słowa pisanego drukiem wobec ofensywy form elektronicznych. Niespodziewanie "wskoczyła" na mnie, mniej lub bardziej dosłownie, pewna przewaga słowa mówionego nad zapisanym w jakiejkolwiek formie :-) Podobno Sokrates mówił, iż nie pisze, ponieważ słowo zapisane zostaje samo i nie ma później ojca, który by je obronił. Bywa, że człek na egzaminie czy w dyskusji zapomni, co miał rzec, lub powie coś od rzeczy i później żałuje, że nie było możliwości przemyślenia czy riposty na piśmie. A tymczasem owo pismo też może wywieść na manowce - wpierw czytającego, a później niekiedy i piszącego, gdy tamten zechce mu się (tak czy inaczej) przysłużyć. Trudniej też zbadać, czy przypadkiem obrońca nie jest przeciwnikiem ;-)
3 lut 2011
Natura ludzka
Kolejny raz wraca mi "przed oczy" fragment jakiegoś serialu - bodajże "Czas honoru" [piszę "bodajże", bo w przypadku filmów zazwyczaj widzę gdzieś fragment i później mi to wraca, jak coś niedokończonego]. Jedna ze scen charakterystycznych dla filmów dot. okupacji: ktoś kogoś bije, znęca się. Często w takich sytuacjach przypomina mi się słynny "eksperyment więzienny", przeprowadzony niegdyś przez P.Zimbardo na Uniwersytecie Stanforda. Profesor Zimbardo przyjął założenie, iż Niemcy (jako naród) posiadają jakąś specyficzną cechę, wywołującą skłonność do tego rodzaju agresywnych zachowań, które zaowocowały m.in. II wojną światową*, ale przede wszystkim szeregiem postaw, znanych współcześnie właśnie z owych filmów.
Zająwszy się problemem podszedł do sprawy zgodnie z arkanami swej sztuki: stworzył najpierw grupę kontrolną, złożoną z ludzi "normalnych" (znajoma psycholog stwierdziła kiedyś półżartem, że ludzie dzielą się na chorych i nie przebadanych) - w tym przypadku obywateli USA. "Więzieniem" stały się odpowiednio dostosowane uniwersyteckie piwnice, a grupa wspomnianych "normalnych" ochotników została losowo podzielona na "więźniów" i "strażników"; ich zadaniem było wcielenie się w owe role. I cóż.. Eksperyment stosunkowo szybko przerwano, ze względu na pojawienie się zaskakująco brutalnych zachowań tych drugich - tak poskutkował, losowy przecież, podział na oprawców i ofiary.
W tym miejscu - przyznaję - nieco upraszczam, bo też wcześniej wśród "skazanych" pojawiły się różne zachowania "utrudniające" pracę "strażnikom", jednak w ostateczności skala reakcji była nieadekwatna, tym bardziej, iż mieliśmy przecież do czynienia z dobrowolnym uczestnictwem w eksperymencie; idąc tą drogą można usprawiedliwiać sprawców przemocy domowej ("ona mnie sprowokowała").
Znamienne jest, iż Zimbardo zrezygnował z powtórzenia eksperymentu w Niemczech; zorientował się niewątpliwie, że nie narodowość czy rasa (swoją drogą słowo "rasa" w tym kontekście ma specyficzny wydźwięk) wpływa na skłonności do okrucieństwa, lecz specyficzne warunki otoczenia. A z obranej roli trudno wyjść, gdy "wszyscy" (czyli większość reprezentatywna, tudzież "silniejsza") zachowują się podobnie. Można by tu wspomnieć jeszcze o tendencjach do posłuszeństwa wobec władzy, do konformizmu..
I tak to później bywa w życiu codziennym, gdy jedni nad drugimi staramy się swą przewagę wykazać, często - zwłaszcza gdy już się rozpędzimy i głupio się wycofać - sięgając po środki, zachowania nieadekwatne do obiektywnej sytuacji.
Wraca stare pytanie o naturę ludzką: czy człowiek jest zły i tylko staraniami swoimi (choć niekonieczne swymi siłami) zło dobrem zwycięża, czy też jest z natury dobry, a ze złem częstokroć przegrywa? Z góry zaznaczam, iż nie stawiam tu tego pytania. Niemal każdy, w jakimś przynajmniej stopniu, ma własną na nie odpowiedź, ja również. Tak naprawdę nie wiadomo, czy jest ono postawione właściwie.
---------------------------------------------------
*Pomijamy fakt urodzenia Hitlera w Austrii, bo nie o niego samego tu chodzi.
9 sty 2011
O kulturze spożycia
Mam ochotę nawiązać raz jeszcze do tematu poruszonego nieco wcześniej. Odnoszę wrażenie (być może jestem w błędzie), że trochę się pozmieniało w społeczeństwie, a przynajmniej w jego części. Pamiętam zachowania typowe jakieś 15 lat temu (trochę "strzelam") - bardzo często na wielu spotkaniach towarzyskich czy i rodzinnych, alkohol był ważnym elementem. Gdy gospodarz postawił na stole butelkę wódki, nietaktem z jego strony byłoby jej schowanie bez ostatecznego opróżnienia; gdy goście przynieśli butelkę wódki, to wypadało również sięgnąć do barku. Teksty w stylu: "ZE MNĄ nie wypijesz!?" były na porządku dziennym. Wiele przykładów można by przytoczyć..
Obecnie jakby się to uspokoiło (mam tu na myśli przede wszystkim spotkania o charakterze towarzyskim). Niepijący nie musi już tak często tłumaczyć się, że prowadzi, itd. Wprawdzie wypada uzasadnić odmowę, ale nie jest ona już taką obrazą.
To jeden tylko element; kolejny to zmiana profilu spożycia - obserwuję, iż coraz więcej pije się wina, a przede wszystkim piwa, co potwierdzają badania CBOS (zainteresowanych odsyłam do stosownej strony wwww).
Dobra rzecz - takie badania :-D Zacząłem bowiem zastanawiać się, czy moje odczucia to fakt realny, czy może zmieniła się część mojego otoczenia (w sensie zarówno zmiany wewnętrznej tych samych ludzi, jak i zmiany pewnych znajomych na innych? - o ludu, ależ filozofuję..). Z drugiej przecież strony coraz więcej rodzin boryka się z problemem alkoholowym. Ponadto nie trzeba nawet badań, by zauważyć, że obniżył się wiek "inicjacji alkoholowej"..
Tymczasem ja, mogąc wybierać, wybieram te miejsca, w których jest raczej spokojniej, stąd nie widzę wielu innych. Tak więc może i generalnie zmienia się struktura spożywania alkoholu, ale nie zmienia się sam problem jego nadużywania.
Żeby jednak nie kończyć narzekaniem, przytoczę (pewnie nie precyzyjnie, bo już nie pamiętam) słowa naszego znakomitego trenera, ś.p. Kazimierza Górskiego: alkohol jest dla ludzi, którzy potrafią z niego korzystać. Nie twierdzę, że jest on jedynym i wyłącznym autorem tych słów, ale lubię go cytować ;-)
1 sty 2011
Po nocy sylwestrowej

Dzisiaj wyjątkowo nieco poza tematem. Generalnie nie jestem miłośnikiem wielkich zabaw, ale raz na jakiś czas nie zaszkodzi. Grali "Bardowie" - bardzo fajna ekipa; współpracowali niegdyś z Anną Jantar, później zaś występowali m.in. z zespołami "Perfect" oraz "Piersi". Naprawdę dobra muzyka, poza tym wysoki poziom kuchni i obsługi, dobre towarzystwo przy stoliku, a przy dalszych stolikach też OK. Nie było problemów z nachlanymi gośmi, bo impreza na poziomie; zresztą przeważali ludzie w wieku już dojrzałym, jak i starszym, choć i młodych nie brakowało.
Coraz bardziej cenię sobie kulturę i spokój na wszelkiego rodzaju imprezach. Jeżeli ktoś za wskaźnik dobrej zabawy uważa ilość spożytego alkoholu, a kac stanowi nieodłączny element owego kolorytu.. No cóż.
Pokaz sztucznych ogni też niczego sobie (jedna fotka w załączeniu).
Wyjątkowo oberwałem natomiast - jak rzadko kiedy. Najpierw po ścięgnie Achillesa - atak od tyłu ze strony starszego pana; gdyby to był mecz o punkty, sędzia powinien pokazać czerwoną kartkę, a tak, gdy nie zareagował, nastąpiła ponowna próba wyłączenia mnie z gry (tym razem jednak trafił w kostkę). Jakąś godzinę później ostry cios (chyba łokciem) w kręgosłup od miłej pani - to naprawdę poczułem; w dalszej kolejności znów ostro kostka, ale od wewnątrz.. pomniejsze nadepnięcia pomijam. Ot, uroki tańca towarzyskiego... ;-)
Wyszliśmy przed godziną 5.00. Zazwyczaj mam na to ochotę wcześniej, a tu proszę :-)
21 gru 2010
Kompetencje międzykulturowe
Bardzo przypadła mi do gustu wypowiedź posła PO, Johna Godsona, w jednym z ostatnich programów "Tomasz Lis na żywo". Notabene, swego czasu dyrektor programowy TVN - Edward Miszczak powiedział w wywiadzie przeprowadzonym przez Piotra Najsztuba dla "Przekroju", że "Tomasz Lis ma takie świetne efekty, bo przed nim jedzie czołg „M jak miłość”. Obraz kontrolny też by miał po tym czołgu oglądalność." Dobry tekst, aczkolwiek mam wątpliwości, czy tak jest naprawdę.
Z góry zaznaczam, iż nie jestem jakimś miłośnikiem PO (jak też jakiejkolwiek innej partii politycznej), a i do samego programu mam pewne zastrzeżenia, ale - jak często piszę - nie w tym rzecz..
Otóż Godson wypowiadając się na temat ewentualnego polskiego rasizmu stwierdził (nie cytuję dosłownie, ale to, co pamiętam), iż nie mówiłby tu o rasizmie, ale o niskich kompetencjach międzykulturowych. Z rasizmem mamy bowiem do czynienia, gdy człowiek poznał inną kulturę, ale jej nie akceptuje i dyskryminuje. Niskie kompetencje międzykulturowe to brak owej wiedzy i związane z nim obawy, skutkujące wiarą w stereotypy (częstokroć negatywne). Ano właśnie - brak wiedzy. Czasem wystarczy kogoś bliżej poznać, by nie tylko zaakceptować, ale i polubić, czy póxniej zaprzyjaźnić. Niby oczywiste, prawda?
Swoją drogą, wypowiedział też inną ciekawą rzecz. Zapytany czy przy ślubowaniu doda "owych kilka słów" (tu T.Lis miał na myśli "tak mi dopomóż Bóg") odparł, iż nie, ponieważ.. on wie, że Bóg mu dopomaga; codziennie przed Nim klęka i modli się do Niego - nie potrzebuje zatem tak demonstracyjnie tego wygłaszać. Mocne wyznanie wiary.
5 gru 2010
O wolnym czasie króciutko
Banałem będzie przypomnienie, że brak czasu to choroba naszych czasów (powtórzenie celowe - zaznaczam, bo kiedyś pewien dziennikarz nie załapał i zmienił mój tekst). Istnieje wprawdzie niedziela, ale ta zarezerwowana jest dla rodziny. Jak to wygląda, gdy mąż rano wychodzi z pracy, wraca wieczorem, a wolny czas zaczyna spędzać przed komputerem? Jeśli komuś się wydaje, że wystarczy zarabiać na utrzymanie rodziny, ewentualnie wypełniać "obowiązki domowe", by wszyscy byli zadowoleni, to jest w błędzie i lepiej by jak najszybciej ów "okres błędów i wypaczeń" zostawił za sobą, w takim przynajmniej stopniu, w jakim jest to dlań możliwe.
11 lis 2010
Na Dzień Niepodległości cytat literacki
„Rzeczpospolita to postaw czerwonego sukna, za które ciągną Szwedzi, Chmielnicki, Hiperborejczykowie, Tatarzy, elektor i kto żyw naokoło. A my z księciem wojewodą wileńskim powiedzieliśmy sobie, że z tego sukna musi się i nam zostać tyle w ręku, aby na płaszcz starczyło.”
H.Sienkiewicz, "Potop" (Książę Bogusław do Kmicica)
Niezmiennie coś takiego jest na rzeczy. O Ojczyźnie (w tym i o "małych Ojczyznach") dużo się mówi, zwłaszcza gdy zbliżają się wybory. Inna sprawa, iż łatwo zarzucić prywatę komuś, kto w rzeczywistości za nią nie goni, trudniej nieraz za to ją udowodnić temu, dla którego najważniejsza. Nie sztuką dużo gadać, trudniej dobrze działać. Mówi się, że wyborcy zweryfikują obietnice; nie jestem do tego tak do końca przekonany. Na pewno zrobi to opozycja, ale jej natura taka, że nawet decyzje pozytywne przedstawić potrafi w złym świetle. Dziś, w czasach, gdy właśnie owego czasu brakuje na cokolwiek, łatwo pewne rzeczy się „przełyka”, o pewnych zapomina. O wiele łatwiej posługujemy się też uproszczeniami, „skrótami” w naszym myśleniu, ale to już osobny temat..
8 lis 2010
O malkontenctwie i zawiści komentarz futbolowy
Wykorzystując chwilę czasu na relaks, zamiast zamknąć oczy kontemplując cokolwiek, pojawiam się ponownie - i znowu narzekam.
Wydawać by się mogło, że niedawna victoria Lecha Poznań nad Manchesterem City uraduje kibiców, spragnionych sukcesów i zwycięstw (to nie zawsze to samo - wspomnijmy słynne "zwycięskie remisy"). Tymczasem wystarczy przejrzeć fora internetowe, by złapać się za głowę - ileż znowu zjadliwych komentarzy, czy zwykłych utyskiwań. Pomijam już animozje międzyklubowe.. choć w sumie nie - nie pomijajmy tego; przecież punkty za zwycięstwo, podnoszące nasze kluby w rankingach, mogą przydać się w kolejnym sezonie innym klubom: Legii, Wiśle, czy jakiemukolwiek zespołowi, który awansuje do rozgrywek pucharowych! Nienawiść robi jednak swoje.
Możliwe, że to ona, czy zwykła tylko zawiść, wywołuje głosy malkontentów. A to przeciwnik osłabiony (kwestia bardzo dyskusyjna - czy ktoś z "rezerwowych" raczyłby zagrać w polskim klubie?), a to gol szczęśliwy, tudzież przypadkowy (to, że padły jeszcze dwie piękne bramki, to już "drobiazg").. Ten drugi wątek wymaga moim zdaniem osobnego potraktowania - walory wolicjonalne Arboledy to niewątpliwie jedna z przyczyn, dla których grę tego zawodnika obserwuje się z przyjemnością. Czy padłby ów szczęśliwy gol, gdyby Kolumbijczyk nie miał w zwyczaju przeć niczym czołg na bramkę przeciwnika, wręcz gryząc po kostkach? ;-)
Przyszła mi taka myśl: wyobraźmy sobie, czysto hipotetycznie, utopijnie, zwycięstwo polskiej (jakiejkolwiek) drużyny w finale.. Ligi Mistrzów. No dobrze, wiem że przesadziłem, bo nawet marzyć o tym nie wypada, ale co tam; żeby było absurdalniej dorzucę wynik - 3:0. Już widzę te komentarze: "Szczęśliwe, niezasłużone zwycięstwo - jedna bramka z półmetrowego spalonego, ostatnia po rykoszecie", "FC Barcelona bez Messiego i Valdeza to nie ta sama drużyna", itp. Po prostu wstyd, że wygraliśmy.
Podkreślam, bo może ktoś nie zrozumieć intencji: nie chodzi o owe wydumane zwycięstwo, ale o podejście do sprawy. Czy jakaś słaba drużyna po wyeliminowaniu polskiej (nazbierało się tego w ostatnich latach, niestety) martwiła się tym, iż nasi byli na początku sezonu, osłabieni czy że podeszli do meczu (tudzież rywali) lekceważąco?
22 paź 2010
"Ruskie 9 godzin"
12 paź 2010
Pół roku od katastrofy
Po raz kolejny ze smutkiem spoglądam na sytuację, jaka wytworzyła się w Polsce od czasu katastrofy pod Smoleńskiem. Wzajemna niechęć i złość istniała już znacznie wcześniej, więc nie jest to sprawa nowa. Nie sposób jednak odczuwać żalu, obserwując atmosferę tamtych dni i porównując ją z zajadłością dni obecnych. Nie jest potrzebne gloryfikowanie ofiar; nie trzeba darzyć sympatią nieżyjącego prezydenta L.Kaczyńskiego. Kiedy mówi się, że Polska poniosła stratę, wystarczy przypomnieć chociażby tylko postacie generałów: Gągora (szef Sztabu Generalnego WP), Potasińskiego (d-ca Wojsk Specjalnych RP) oraz Kwiatkowskiego (Siły Operacyjne) jak zresztą i pozostałych przedstawicieli Sił Zbrojnych (ale ci trzej są mi najbardziej znani). Wprawdzie akurat armia jest przygotowana na takie sytuacje (abstrahuję od faktu, iż np. podczas wojny taki zespół nie wsiadłby do jednego samolotu), to jednak byli to ludzie znaczący dla Polski. Nie sposób porównywać – co się tu i ówdzie czyni – owego wydarzenia do innych katastrof. Wiem, co to ból po stracie bliskiej osoby, ale to nie jest kwestia bólu. Znamienne, że w Katyniu ponieśliśmy – na skalę znacznie większą – stratę o podobnym wymiarze.
Zjednoczenie w narodzie trwało krótko, szybko wróciła zajadłość, z większą nawet siłą. Co jeszcze dojdzie? Wypominanie rodzinom, że nie chodzą w worach żałobnych czy bojkot wyrobów firmy „Wawel”?
Mam nadzieję, że nikogo w tym momencie nie urażę ponad miarę, ale obrazy spod Pałacu Prezydenckiego (i nie tylko tamte) przypominają mi sytuację dziecka, które kurczowo trzyma rozdartego misia, podczas gdy drugie naśmiewa się - tak z niego, jak i z zabawki (bo dla niego ów miś był przecież stary i brzydki). Pierwsze nie pozwala go nikomu dotknąć, drugie drażni je złośliwie, licząc na to, że zrozpaczone zareaguje agresją - krzywdy wielkiej nie jest w stanie zrobić, a będzie można pobiec na skargę do rodziców lub nauczycieli (władze państwowe, media...), co dostarczy okazji do dodatkowego triumfu. Ci zaś nie bardzo wiedząc jak zareagować, reagują różnie, zależnie od tego, jaki mają ogląd sytuacji. Tylko dobry rodzic rozwiąże problem, nie krzywdząc nikogo. Czy naprawdę tak mało ich mamy?
10 paź 2010
"Google News" po lewej
Zaraz nad owymi newsami umieszczone są tagi wybranych przeze mnie tematów - wystarczy kliknąć i pojawią się wiadomości z żądanej dziedziny. Zaznaczam, iż przedstawione w docelowych artykułach poglądy nie muszą bynajmniej pokrywać się z moimi; nie taki był mój cel.